Zimowe patio, brabble, Being Human
Zima nadciagala w calej swojej rozmemlanej, osniezonej, sliskiej, mokrej glorii. Dni stawaly sie coraz krotsze, wieczory zaczynaly sie juz gdzies okolo trzeciej po poludniu i dluzyly sie niesamowicie. W telewizji lecialo mnostwo swiatecznych powtorek, zwlaszcza musicalow, i Mitchell nieustannie cierpial na brak porzadnych produkcji hollywoodzkich. Wszystkie wychodzace w czasie przedswiatecznym filmy albo byly tematyczne, albo na tak niskim poziomie, ze nawet George, ktory cenil sobie zarowno sensacje jak i obyczaj, odwracal zdegustowany twarz. Wyjscia do pubow takze konczyly sie na ogol smutnym, milczacym, samotnym powrotem do domu. Wszystkie chetne do zdrady albo generalnie chetne panie siedzialy teraz w domach, albo gruchajac swiatecznie ze swoimi stalymi, nudnymi partnerami zyciowymi, albo organizujac swiateczne przyjecia, zeby owych zyciowych partnerow spotkać. Swieta byly kiepskim czasem na poszukiwanie bezimiennego, niezobowiazujacego seksu, a wiec gdzie to zostawialo Mitchella?
Na kanapie. W towarzystwie kataru, wlochatego koca szetlandzkiego i goracych herbat, dostarczanych przez Annie. Mrukliwego, rozzalonego i nie w sosie. Mitchell nienawidzil okresow przedswiatecznych, zaburzaly strukture jego zwyklego zycia, wprowadzaly mysli, ktorych nie chcial i powodowaly powazne wyrwy w ogolnym odgrywaniu teatru codziennosci. Nie bylo filmow, zeby sie w nie zanurzyć, nie bylo kobiet, zeby je zdobywać (i potem tez sie w nie zanurzyć), nie bylo nic poza pierniczkami, herbata z miodem i wiecznie zmarznietymi stopami.
Oczywiscie George, bedac przyziemnym, starym dobrym soba, po prostu kochal swieta i zime. Widać bylo, ze jego psia natura lepiej sie realizuje w chlodzie niz w upale. Nagle okazalo sie, ze George ma niezbadane poklady energii, ze moze niestrudzenie ryć w sniegu, rozgarniajac zaspy przed wjazdem do garazu, ze jest w stanie udekorować swiatecznie dom, wysprzatać go w srodku i na zewnatrz, wlaczyć lampki w ksztalcie malych, kolorowych reniferow na dachu oraz na plocie sasiadki, ktora w ramach odwdzieczania sie sprezentowala im dwie wspaniale butelki ajerkoniaku domowej roboty. I tak wilkolak latal po okolicznych ulicach, zalatwiajac swoje swiateczne sprawy oraz wyrzadzajac drobne przyslugi sasiedztwu, a wampir wypijal nagrody za te przyslugi, zakutany w trzy swetry, nieruchawy i piekielnie senny.
George byl jak ryba w wodzie, ubrany w ciepla kurtke i opatulony szalikiem, z czapka uszanka wcisnieta gleboko na glowe dralowal w gore i w dol ulicy, a to z zakupami, a to z mala, karlowata nieco choineczka, nad ktora ulitowal sie na rynku i zagwarantowal jej mily, miesieczny pobyt w swoim anormalnym domku.
Mitchell obserwowal ze swojej kanapy poczynania George`a z dystansem filozoficznym, jednoczesnie z odcieniem zazdrosci. On sam juz dawno przestal sie ekscytować czymkolwiek, a juz tym bardziej swietami. To chyba przychodzilo z wiekiem, a moze z iloscia wyssanych do cna ofiar, mnozacych sie na drodze Mitchella od... dosć dlugiego czasu. Nie cieszyl sie, ale tez nie smucil sie tak intensywnie jak George i mialo to swoje plusy i minusy. Jak wszystko. Z jednej strony Mitchell z pelnym opanowaniem gasil pozar na stryszku, gdy oplatajace poddasze lampki swiateczne George`a zrobily zwarcie. Z drugiej strony, gdy rozpromieniony na twarzy, zaczerwieniony George obwieszczal, ze dostal swietny przepis na rybe w galarecie i zakupil juz prezenty, Mitchell nie potrafil podzielać jego radosci. Dystans, jak szyba oddzielajaca go od wszystkiego, uniemozliwial dotkniecie czegokolwiek i posmakowanie tego, niewazne jak bardzo bylo to oklepane.
Zima czynila z Mitchella najmniej dotykanego przez zycie i najrzadziej dotykajacego zycia czlowieka na swiecie. Chyba czlowieka, dopowiadal cierpko i zaglebial sie w swoim kocu, zaciskajac dlon na pilocie. Nie byl ani zadowolony ani nie zadowolony. Byl maly (malostkowy) i pusty. Jak plastikowe pudeleczko na imbir.
Rozwazania na temat roli wampira na swiecie oraz jego przydatnosci w ekosystemie przerwa... Czytaj dalej »
![]() |
Oceń wpis: |
|
